377. Michael Jackson – Of the wall

50832404

Wykonawca: Michael Jackson
Tytuł albumu: „Of the wall”
Rok wydania: 1979

„Of the wall” jest piątym solowym albumem w dykografii Michaela Jacksona, a przy tym pierwszym wydanym pod szyldem Epic Records. Płyta uznawana jest za przełom w karierze muzyka. Jej światowa sprzedaż wyniosła ponad 20 milionów egzemplarzy. W 2003 album został sklasyfikowany na 68. miejscu listy „500 albumów wszech czasów według Rolling Stone”.
Płytę otwiera czarujący, dyskotekowy singiel „Don’t stop till you get enough”. Klip do tej piosenki był pierwszym w solowej karierze Michaela. W tym entuzjastycznym, szybkim, zmuszającym wręcz do tańca doskonale słychać to, jak charakterystyczny jest wokal Jacksona. Wysokie dźwięki wyśpiewywane przez niego w refrenie i charakterystyczny rytm sprawiają, że nie sposób się od tej piosenki uwolnić. Soulowe „Rock with you” to też jeden z najbardziej znanych pierwszych utworów Michaela. To naprawdę ładna, nieźle zaśpiewana, ale nie wpadająca w ucho piosenka, o której niestety prędko się zapomina. „Workin’ day and night” to porcja R&B, zaśpiewanego ciepłym, tak charakterystycznym wokalem. Niestety piosence brakuje wyrazistości. Nie ma w sobie przebojowego potencjału. Przerasta też trochę przekraczająca pięć minut długość tego kawałka. „Get on the floor” to ładna, taneczna kompozycja. I niestety nic ponad to. Tytułowy „Of the wall” podobnie jak poprzednik jest ładnym, ale nadal nijakim utworem. Można się przy nim pokołysać, ale i tak zaraz się o nim zapomina. I nie ratuje tej piosenki nawet to, że jest to Michael Jackson… „Girfliend” to kawałek napisany przez McCartney’a. Mam wrażenie, że wciąż słucham jednego i tego samego utworu. Płycie brakuje różnorodności, a piosenki są zwyczajnie nudne. Magię możemy znaleźć w czarującej balladzie „She’s out of my life”. W końcu słychać tu emocje. W dodatku tak autentyczne i piękne. Chociaż piosenka może nie jest niczym więcej niż wszystkie popowe ballady, to Jackson tworzy z tego coś niesamowicie poruszającego. I chwała mu za to! „I can’t help it” to kolejna przyjemna, ale mało odkrywcza kompozycja, bardzo mocno osadzona w stylistyce lat osiemdziesiątych. Brakuje tym kawałkom energii. „It’s the falling in love” to nieco ciekawsza, bardziej rozbudowana kompozycja, z dyskotekowym, wpadającym w ucho refrenem. Michael czaruje wokalem. „Burn this disco out” zamyka album. Kawałek, jak w tytule, podobnie zresztą jak reszta, nadaje się właśnie na dyskotekę… A mogło być tak pięknie.
Michael niewątpliwie był geniuszem muzyki. Jednak „Of the wall” nie ma w sobie nic z przebojowości i magii „Bad”, czy „Dangerous”. Sporo tu dyskotekowych, tanecznych, entuzjastycznych, ale pozbawionych emocji i większej głębi kawałków, które jednym uchem wpadają, a drugim wypadają. Niestety.

Ocena: 2+/6

Najlepsze utwory: „Don’t stop tll you get enough”, “She’s out of my life”.
Najgorsze utwory: „”Workin’ day and night”, “Girlfriend”, “I can’t help it”.



376. Charlotte Candin – “Main girl EP”

main-girl-ep-b-iext51051257Wykonawca: Charlotte Candin
Tytuł albumu: „Main girl EP”
Rok wydania: 2017

Charlotte Candin jest kanadyjską wokalistką, wykonującą jazz, pop i electro. Karierę zaczynała jako modelka. W 2013 zajęła 4 miejsce we francuskim „The voice”. Śpiewa i gra na pianinie. „Main girl EP”, to jej drugi minialbum, wydany rok po debiutanckim „Big boy”.
Płytę otwiera tytułowy kawałek. Świetnie zaśpiewany utwór, z towarzyszeniem pianina. Czaruje tutaj czysty, charakterystyczny głos Charlotte. To naprawdę piękna piosenka, choć bardzo inna od tego, czego możemy posłuchać w radiu. „Dirty dirty” to świetna, jazzowa, wyciszająca kompozycja, w której na początku Candin śpiewa a capella. Potem piosenka przeradza się już w przyjemny, płynny, docierający do krwioobiegu odbiorcy, magiczny jazz, z zaskakująco dobrym głosem. „Paradise motion” ma niesamowity klimat. To piosenka, która wciąga, fascynuje, zachwyca i każe się słuchaczowi zatrzymać. Słychać tu wielkie emocje, a Candin ma w sobie coś z Amy Winehouse, LP i Imany… Buduje niepowtarzalny nastrój utworów, a mimo to są naprawdę przystępne dla przeciętnego słuchacza. „Like it doesn’t hurt” to bardziej radiowa, przystępna kompozycja, która klimatem przypomina mi nieco „What about us”, które niedawno światu pokazała P!nk. Czegoś jednak tej piosence brakuje, przez co po jednym przesłuchaniu się o niej zapomina. A szkoda. „Big boy” ma w sobie magię, którą miały utwory śpiewane wspólnie przez Bennetta i Lady Gagę. Przenosi nas w inne czasy, pełne niepowtarzalnego, sennego klimatu, małych kawiarenek i wieczorów przy jazzie. Słychać w tej piosence magię i szczerość – coś, co cenię najbardziej. „The kids” to niezwykle prosta, ale kipiąca emocjami kompozycja. Głos Candin praktycznie zagłusza cichutką melodię, ale to wcale nie przeszkadza. Piosenka i tak nie traci swego niepowtarzalnego nastroju. „Faufile” to jedna z dwóch francuskojęzycznych, zamieszczonych tu piosenek. Jest śliczną, zagraną tylko na pianinie, baśniową, senną, leciutką jak piórko piosenką. Jednak czegoś jej brakuje. Fantastyczną piosenką jest natomiast „Les echardes” – to do bólu francuska piosenka. Jest spokojna, delikatna i magiczna. Przywołuje na myśl słońce i watę cukrową. Przenosi nas pod romantyczną wieżę Eiffla, wycisza, zachwyca niezmiennie.
„Main girl EP”, to płyta która pozytywnie mnie zaskoczyła. Spodziewałam się raczej nijakiego, radiowego, miałkiego popu. Zamiast tego otrzymałam kilka naprawdę dobrych wariacji na temat jazzu i parę uroczych, miłych dla ucha ballad. To naprawdę dobra płyta, po którą warto sięgnąć w długie, jesienne, chłodne wieczory.

Ocena: 5/6

Najlepsze utwory: „Main girl”, „Paradise motion”, „Big boy”.
Najgorsze utwory: „Like it doesn’t hurt”.

375. P!nk – Beautiful trauma

pink-beautiful-trauma

Wykonawca: P!nk
Tytuł albumu: „Beautiful trauma”
Rok wydania: 2017

Obok najnowszego albumu Juanesa i Jamesa Blunta, siódma studyjna płyta P!nk była najbardziej wyczekiwanym przeze mnie krążkiem tego roku. Udało jej się zachwycić mnie już pierwszym singlem – „What about us”, co tylko podsyciło moją niecierpliwość. Teraz wreszcie krążek otrzymujemy w całości. Czy P!nk nadal nie dała zepchnąć się z podium?
Pierwszy kawałek to nostalgiczna, tytułowa ballada „Beautiful trauma”, z energicznym refrenem. Od pierwszego przesłuchania kawałek mnie zniechęcił. Poza tekstem nie ma w nim nic zachęcającego, czy ciekawego. Jest w tej piosence coś, co równocześnie mnie nudzi i irytuje. Wiele jej brakuje… Kolejnym utworem jest „Revenge” – duet z Eminemem. Słychać w tej piosence sporo „starej P!nk”. Jest zadziorna, melodyjna i chwytliwa. To ładny, miły dla ucha, bardzo dobrze zaśpiewany pop. Obecność Eminema nieco psuje ogólny efekt, ale można go „przecierpieć”. „Whatever you want” wpada w ucho od pierwszego przesłuchania. To genialnie wykonana, chwytliwa piosenka, ze świetną perkusją i chórkami. Kolejnym utworem jest piękny, poruszający, pełen metafor, dotykający ważnego problemu singiel z płyty – „What about us”. Kawałek zachwyca melodyjnością, szczerością i fantastyczną energią. Aż słuchacz sam ma ochotę krzyknąć: „Co z nami?”… „But we lost it” zachwyca dźwiękami pianina. To magiczna, refleksyjna ballada o rozstaniu. Nie ma w tej piosence wiele. Pianino, wokal P!nk i jej autentyczne, do bólu szczere emocje. To chyba sprawia, że ten kawałek tak bardzo trafia do słuchacza. „Barbies” to refleksja na temat dorastania, przemijania… Spodziewałam się po tej piosence czegoś więcej. Tekst jest fantastyczny, ale brakuje mi tu emocji, czegoś, co chwytałoby za serce. A słowa są tak bardzo prawdziwe… „Where we go”, to ładna, poprawna, ale dość nijaka kompozycja. To utwór na jedno przekonanie, o którym niestety szybko się zapomina. I nie ratuje go nawet głos P!nk. Dalej mamy emocjonalne „For now”. To naprawdę czarująca, pięknie zaśpiewana, zagrana na pianinie kompozycja. Piosenka kipi od emocji i prawdy. Kolejnym utworem jest energiczne, pop-rockowe „Secrets”. To energiczna, taneczna, wręcz klubowa piosenka, która przypomina mi nieco dawne dokonania Lady Gagi. Muzyczny koszmarek. „Better life” to kawałek z fantastycznym klimatem. Jest nieco bluesowo, klimatycznie, a towarzyszące P!nk chórki czarują słuchacza. „I’m here” to kawałek, który od pierwszych dźwięków dodaje energii. Do tego warto dodać szczery tekst i świetny wokal. Jednak o wiele bardziej podobają mi się energiczne zwrotki. Powtarzane przy dźwiękach pianina rozwleczone „I’m here” nie robi na mnie takiego wrażenia. „Wild hearts can’t be broken” jest kolejną z zamieszczonych tu nostalgicznych, prostych ballad. Nie wiem czy winne jest temu stężenie podobnych piosenek na płycie, czy charakter tej konkretnej piosenki, ale niestety nudzi… Natomiast zamykający album utwór „You get my love” jest niesamowicie nastrojowy. Ma w sobie coś niedzisiejszego, co niezwykle hipnotyzuje.
Najnowszy album P!nk okazał się dla mnie lekkim rozczarowaniem. Miałam nadzieję na wielki, spektakularny powrót, który zwali mnie z nóg. Niestety „Beautiful trauma” okazała się być płytą zaledwie poprawną. Nie znajdziemy tu piosenek, które mają przebojowy potencjał, albo przynajmniej zostają w pamięci. Na krążku jest naprawdę sporo piosenek, jednak zaledwie kilka takich, które można przesłuchać parę razy. Reszta jest zwyczajnie nijaka…

Ocena: 3+/6

Najlepsze utwory: „Whatever you want”, „What about us”, “For now”.
Najgorsze utwory: „Beautiful trauma”, „Where we go”, “Secrets”.



374. Ed Harcourt – Maplewood

71hRtkD2SkL._SL1400_

Wykonawca: Ed Harcourt
Tytuł albumu: „Maplewood”
Rok wydania: 2000

„Maplewood” to minialbum Eda Harcourta, nagrany przez niego w 2000 roku, w domu jego babci… Jest pierwszym solowym krążkiem muzyka.
Płytę otwiera utwór „Hanging with the wrong crowd”. To ładna, spokojna, melodyjna, ale mało chwytliwa i nie wyróżniająca się niczym, kompozycja. To niestety piosenka na jedno przesłuchanie, o której szybko się zapomina. A i wokal Eda wydaje się w tym utworze wyjątkowo nijaki… „I’ve become misquided” to klimatyczna kompozycja, w której Harcourt ujawnia już swój wokalny potencjał. I choć słychać, że piosenka nagrana została w domowych warunkach, nie odbiera to jej uroku. Wręcz przeciwnie. Naturalność i prostota bijące z tego utworu i lekkich dźwięków gitary, są fantastyczne. „Apple of my eye” zachwyca emocjami, „nieuczesaniem”. Z wokalu artysty bije tak wielkie zaangażowanie i tak dużo uczuć, że nie sposób nie polubić tego utworu. „Attaboy go spin a yarn” ma w sobie coś przydymionego. Spokojny, senny klimat, a do tego urocze chórki. Niski, momentami zachrypnięty głos Eda tylko podnosi noty dla tego utworu. „He’s building a swamp” ma niesamowity wstęp. W wokalu Eda słychać tu mnóstwo emocji, wściekłości, niemal agresji. To fantastyczny, niepoukładany i przez to tak piękny i prawdziwy kawałek. Album zamyka „Whistle of a distant train”. To ładna, zaśpiewana z towarzyszeniem pianina ballada. Nie ma w sobie jednak nic szczególnie ciekawego, czy oryginalnego…
„Maplewood” to drugi krążek Eda, który miałam okazję przesłuchać. Płyta zaskakuje tym, że pierwszy oraz ostatni kawałek są zaskakująco słabe. Dwie piosenki, które scalają płytę i utrzymują między sobą resztę, zupełnie nie robią wrażenia. Zaskakuje i hipnotyzuje środek – cztery fantastyczne, klimatyczne, pełne emocji i autentyczności piosenki, wykonane niepowtarzalnym wokalem. To z pewnością nie moje ostatnie spotkanie z tym artystą…

Ocena: 5/6

Najlepsze utwory: „I’ve become misquided”, “Apple of my eye”, “He’s building a swamp”.
Najgorsze utwory: „Hanging with the wrong crowd”.